Otworzyłem oczy. Wszystko dookoła było ciemne. Nic kompletnie nie mogłem zobaczyć, więc zacząłem się bać. Mrugnąłem. Wtedy ujrzałem blask bijący ze wszystkiego, co znajdowało się blisko mnie, aż zaczęła boleć mnie głowa. Myślałem, że zaraz eksploduje, ponieważ ból był tak silny, że czułem jak serce bije mi w mózgu. Okropne uczucie. Spostrzegłem wtedy postać, kroczącą w moją stronę i od razu zrozumiałem, że leżę na lewym boku na ziemi, bo widziałem tylko stopy tej osoby, a na nich białe buty nike. Przechyliłem głowę tak, aby ujrzeć twarz człowieka, który właśnie podał mi dłoń, by pomóc mi podnieść się z podłogi. Wszystko co zdążyłem zauważyć, to to, że był to chłopak, mniej więcej mojego wzrostu, miał ciemne włosy i cały ubrany był na biało. Złapałem go za rękę i wstałem, lekko podskakując. Młodzieniec uśmiechnął się i zniknął. Moje oczy przyzwyczaiły się do bieli, którą nosiło całe otoczenie i wtedy zorientowałem się, że jestem w jakimś pomieszczeniu, w którym wszystko co znajdowało się to cztery puste ściany, taki sam sufit i podłoga. Tylko mniej więcej na środku pokoju leżał breloczek. Podszedłem i wziąłem go do ręki. W środku znajdowało się zdjęcie chłopaka i maleńka karteczka z napisem zawsze. Trochę mnie to zdezorientowało i nie wiedziałem co myśleć. "Może ten chłopak był kimś ważnym, albo ktoś po prostu podrzucił to tutaj" mówiłem sobie w głowie. Rozmyślałem tak, aż zacząłem podejrzewać, że ktoś zamurował mnie żywcem. Nagle usłyszałem męski głos:
- I tak nie żyjesz - powiedział, jakby sobie ze mnie kpił. - Nie musisz się martwić, o to, czy stąd wyjdziesz.
- Kim jesteś? - pytałem lekko zestresowany. Rozglądałem się po pomieszczeniu szukając źródła tego dźwięku, jednak nic nie spostrzegłem. Moje płuca zaczęły drżeć. W tym momencie przypomniały mi się dwie sceny, które już widziałem: mnie, leżącego na trawniku i ratowanego przez lekarzy pogotowia i twarz kobiety, która wydawała mi się być moją matką. Jednak teraz nie mogłem być już niczego pewien, bo w końcu byłem zamknięty w białym pokoju bez klamek i okien, a do tego jeszcze gadał do mnie jakiś głos, który chciał mi wmówić, że umarłem.
- Nic nie chce ci wmówić - znów go usłyszałem. - Stwierdzam fakty. - Spojrzałem w górę, w lewo, w prawo i nadal nic. Głos pochodził jakby znikąd. Udawałem, że go nie słyszę, usiadłem na podłodze po turecku i jeszcze raz zerknąłem na breloczek, który cały czas trzymałem w dłoni. Próbowałem przeglądnąć wszystkie wspomnienia, jakie miałem w głowie, jednak znajdowała się tam teraz kompletna pustka. Jakby wszystko wyparowało. Wytężałem cały mój mózg i gdy już byłem tak blisko przypomnienia sobie chociażby tego jak mam na imię, znów usłyszałem jego - nie ignoruj mnie. Przecież i tak nie masz gdzie uciec.
- Przestań! - zdenerwowałem, wstałem z ziemi i zacząłem krzyczeć we wszystkie strony, nie wiedząc, gdzie właściwie znajduje się osoba, mówiąca do mnie.
- Cicho! - szepnął przejęty czymś głos. - Zamknij oczy i nie waż się ich otwierać, dopóki znów mnie nie usłyszysz, rozumiesz?
- Nie rozumiem! - znów podniosłem głos. Nie miałem najmniejszej ochoty robić tego, co nakazuje mi ktoś, kogo nawet nie widziałem. - Nie zamknę oczu dopóki nie powiesz mi kim jesteś! Kim ja w ogóle jestem?! I dlaczego tu jestem? Co to za miejsce?! - Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, tylko poczułem jak moje powieki same opadają mi na gałki oczne i chociaż z całych sił próbowałem je podnieść, nie dałem rady. Poddałem się a po paru minutach usłyszałem głos. Tym razem był on delikatniejszy i cichszy. Wtedy mogłem z powrotem otworzyć oczy i ujrzeć średniego wzrostu, piękną brunetkę, ubraną w białą, zwiewną sukienkę.
- Przedstaw się - powiedziała lekkim tonem kobieta i zaczęła coś zapisywać na kartce rozmiaru B5, którą trzymała w dłoni. Próbowałem podglądnąć co jest tam napisane i już prawie zobaczyłem, gdy kobieta oschło powtórzyła - przedstaw się.
- A- a- ale ja nie- nie pamiętam - jąkałem się ze strachu przed groźną miną brunetki.
- Wiem - odparła, śmiejąc się cicho pod nosem, jednak nadal nie odrywając oczu od śnieżnobiałej kartki. - Jakoś dotąd każdy chociaż próbował kłamać, nadając sobie nowe imię. Jakie jest więc twoje? - wtedy ujrzałem jej źrenice skierowane prosto w moje. Było jeszcze gorzej. Już wolałem, kiedy nie widziałem jej oczu, bo przynajmniej nie musiałem uciekać wzrokiem w kąty pomieszczenia. Połknąłem ślinę i zacząłem mówić.
- Jestem Brett - powiedziałem bez jakiegokolwiek namysłu. Nawet nie wiedziałem, że znam takie imię. Ba! Nawet nie wiedziałem, że takie istnieje. Dopiero w tym momencie zacząłem zastanawiać się czy naprawdę spodoba mi się to, że ludzie będą mnie tak nazywać.
- Brett - powtórzyła po mnie kobieta. - Jesteś pewien?
- W sumie to nie... - już chciałem poinformować kobietę o moich obawach, po czym przypomniałem sobie głos, który mówił "i tak nie żyjesz". Zaczęły nachodzić mnie myśli typu "chyba zwariowałem". - Tak, jestem pewien - powiedziałem dumnie i z uśmiechem na twarzy. Pomyślałem, że raz się żyje, choć i tak nic to nie dało w sytuacji, w której się znajdowałem. Zacząłem się śmiać. Brunetka spojrzała na mnie, potem na kartkę i szepcząc wybrane przeze mnie imię zaczęła je notować i znikła, tak jak i białe ściany. Stałem teraz w lesie. Bardzo ciemnym, przerażającym i mokrym od deszczu lesie. Usłyszałem wycie wilka i kilka szmerów w krzakach obok. Tak się przeraziłem, że zacząłem biec przed siebie. Wtedy nie ważne było gdzie dotrę, ważne było by uciec. Oczywiście wydawało mi się, że drzewa rosną na całym świecie i nie ma miejsca, żeby ich nie było. Nagle znów usłyszałem głos mężczyzny, który już wcześniej do mnie mówił.