czwartek, 21 maja 2015

II \ Confessor

 - No i gdzie tak lecisz? - zapytał mężczyzna, spokojnym, lecz wyraźnym głosem. Było to pytanie retoryczne, na które oboje znaliśmy odpowiedź: nie wiem dokąd biegnę, bo nawet  nie znam tego miejsca. - To jest las - oznajmił facet, gdy zacząłem rozglądać się we wszystkie strony i szukać chociaż cienia jakiejkolwiek ścieżki prowadzącej dokądkolwiek. Byłem trochę przestraszony i zagubiony. To był chyba mój pierwszy raz, gdy byłem w nieznanym mi dotąd miejscu całkowicie sam. Przynajmniej tak czułem. Pomimo pustki w mojej głowie czasem po prostu wiedziałem, że na przykład nie lubię gorzkiej czekolady, albo, że moim ulubionym kolorem jest fioletowy. Czułem się jakbym wiedział już wszystko o samym sobie, jakby wszystkie moje wspomnienia leżały na półce, pokrytej prostokątnym kawałkiem jedwabiu, przez który widać było tylko zarysy tego, co znajdowało się po drugiej stronie. Czułem, jakby ktoś przykleił moje stopy bardzo mocnym klejem do podłogi dwadzieścia metrów od mojego celu. Stałem i próbowałem odgadnąć co znajduje się na półce, aż znowu usłyszałem gruby głos - nie masz żadnych szans. Musisz na to zasłużyć.
 - Może zamiast udzielać mi swoich cudownych, tajemniczych i niezrozumiałych rad w końcu byś mi pomógł?! - krzyknąłem, zdenerwowawszy się na kogoś, kogo nadal nie mogłem ujrzeć. Kręciłem się i obracałem to w prawo to w lewo, mając nadzieję, że facet, który do mnie rozmawia, stoi gdzieś za drzewem. Nic nie zauważyłem. Ogarnęło mnie wielkie zmęczenie. W sumie sam do końca nie wiedziałem co mnie tak wyczerpało. Moje płuca zaczęły szybko kurczyć się i powiększać, mój oddech drżał, a puls odczuwalny był aż w gardle. Pojawiły się też zawroty głowy i światłowstręt, więc zamknąłem oczy i usiadłem na pobliskim pniu. Kora na nim miała kolor ciemnobrązowy, a jego powierzchnia, cała pokryta równo oddalonymi od siebie pierścieniami, była koloru cukierka toffi. Moje prowizoryczne krzesło było mokre, jakby drzewo, które kiedyś rosło w tym miejscu zostało świeżo ścięte. Pień był tak niski, że usiadłszy, moje kolana wystawały ponad zapięcie moich spodni. Oparłem łokcie na udach i wskazującymi palcami zacząłem trzeć powieki. Nagle usłyszałem w oddali głos wyjącego wilka. Podniosłem głowę i rozglądnąłem się po ciemnej okolicy. Z głębi drzew słychać było łamiące się gałązki pod czyimiś stopami i odgłos deptanych mokrych liści po których ten ktoś szedł. Brzmiało to, jakby ktoś się skradał, bo szelest dostrzec można było z trzema sekundowymi przerwami. Próbowałem coś spostrzec między gąszczem krzaków i innych dziwnych roślin. Zrobiło się cicho. Teraz jedyne odgłosy jakie można było dostrzec to świst wiatru w koronach drzew i mój oddech, który próbowałem uspokoić. Przestraszyłem się tego, że ktoś może mnie obserwować, a ja jestem sam w wielkim, ciemnym lesie, nękany przez jakiś głupi głos w mojej głowie.
 - Przymknij się i nie panikuj - głos mężczyzny odezwał się jak tylko o nim pomyślałem.
 - Ale ja przecież nic nie mówię - szepnąłem patrząc w górę.
 - Właśnie teraz się odezwałeś! - skarcił mnie wyraźnym szeptem, po czym dodał - nie ruszaj się i oddychaj ciszej a nic ci nie będzie, uwierz mi. Chciałeś, żebym ci pomógł? Właśnie teraz to robię!
Posłuchałem rad mojego niewidzialnego przyjaciela, zakryłem swoje usta dłonią i czekałem dopóki kroki nie ustaną. Nie działo się to jednak, a tylko uświadomiłem sobie, że ta osoba zbliża się w moją stronę. Przycisnąłem rękę mocniej do twarzy i odchyliłem się lekko do tyłu. Do moich oczu napływały łzy strachu. Cały zacząłem się pocić i wydawać dźwięki jak mały szczeniak chiuaua, widzącego rozwścieczonego rottweilera. Jako pierwszy z zarośli wyszedł wilk. Nie był to jakiś zwyczajny wilk: miał kruczoczarną sierść, uczesaną, jak gdyby właśnie wyszedł z salonu fryzjerskiego. Na jego szyi leżała niemocno zaciśnięta brązowa, skórzana obroża, do której przypięta była taka sama smycz. Zwierzę węszyło coś i kierowało się w moją stronę. Wtedy z lasu wyłonił się potężnej budowy ciała mężczyzna. Miał na sobie czarne, luźne spodnie, prawdopodobnie jeansy, które włożone były do niezasznurowanych czarnych, ciężkich butów wojskowych. Miał na sobie skórzany, wytarty płaszcz, którego nie miał zamiaru zapiąć, a spod którego, widać było za dużą ciemnoszarą koszulkę i zarzucony na szyję barwą pasujący do odzieży wierzchniej szal. Miał długie włosy, które kolorem komponowały się z resztą garderoby, swoją drogą tak samo jak kapelusz, który, szczerze mówiąc wyglądał jak kapelusz czarownicy z jakiejś bajki dla dzieci. Ale wtedy nie było mi do śmiechu. Początkowo postać naprawdę posturą przypominała mężczyznę. Przypominała człowieka. Jednak gdy podeszła bliżej zobaczyłem kawałek jej bladoniebieskiej twarzy. Przestraszyłem się i próbowałem już dłużej nie patrzeć w tamtą stronę. Wilk był coraz bliżej mnie i zaczynał powarkiwać. Myślałem, że moje płuca zaraz wysiądą, a serce zapadnie się na dobre. Cały czas słyszałem mężczyznę w mojej głowie, który powtarzał jakby się zaciął:
 - Bądź cicho, nie panikuj. Bądź cicho, nie panikuj. Bądź cicho...
Zamknąłem oczy i wmawiałem sobie, że to tylko zły sen, a jak je z powrotem otworzę, to okaże się, że przysnąłem w autobusie w drodze do szkoły. 
 - Jeszcze sekundkę - szepnął znowu mężczyzna. Odczekałem tę "sekundkę" i powoli zacząłem podnosić powieki. Najpierw lewa, a za nią bardzo powoli prawa. Facet i jego wilk już prawie znikali z gąszczu drzew, gdy nagle, nieświadomie i mimowolnie wydałem z siebie dźwięk. Był to cichy, dziewczęcy pisk. Myślałem, że zwierzę jest już daleko i nie usłyszy. Ten jednak momentalnie się odwrócił, spojrzał mi w oczy i wyrywając smycz z ręki swojego właściciela biegł centralnie w moją stronę. Zacząłem się trząść jakbym dostał padaczki i czułem, że ta  chwila trwa wieczność, jednak były to tylko ułamki sekundy. Wilk nie przestawał biec, a gdy był już bardzo blisko mnie skoczył w tym samym momencie kiedy zacząłem szlochać i krzyczeć. Nagle znikł. Poczułem ukłucie w brzuchu, a potem kilka ucisków w klatce piersiowej. Zacząłem kłaść się z bólu, bo był nie do zniesienia. Jakby ktoś wjechał na mnie czołgiem. Próbowałem spostrzec jeszcze mężczyznę i jego zwierzaka, jednak wokół mnie było już pusto.
 - Pomóż! - krzyknąłem, unosząc czoło ku niebu. Miałem cichą nadzieję, że dotrzymujący mi "towarzystwa" głos znów się odezwie i chociaż raz doradzi co zrobić.
Otworzyłem oczy. Zorientowałem się, że leżę na łące, albo raczej na polu, gdzie rosła tylko i wyłącznie zielona trawa. Usiadłem, wyprostowałem nogi, przełożyłem ręce do tyłu i podparłem się na nich. 
 - No nieźle - stwierdziłem. - Myślałem, że nie ma drogi wyjścia z tamtego lasu, a teraz w dwie sekundy znalazłem się poza nim.
 - Dwie sekundy?! - mój kolega znów dał o sobie znać. - Myślisz, że minęły dwie sekundy - podsumował lekko kpiącym głosem. - Nawet sobie nie wyobrażasz ile zajęło wyciągnięcie ciebie z tego cholernego lasu i jak ciężko było to zrobić! 
 - Czyli co? - nie do końca rozumiałem o co chodzi. - To ty mnie wyciągnąłeś? 
 - Nie ważne! Na pewno nie wyszedłeś z niego sam!
 - Dobra, dobra. Nie wrzeszcz już, bo boli mnie głowa - uspokajałem głos, który krzycząc, nie dawał mi usłyszeć nawet własnych myśli. Próbowałem sobie przypomnieć i poukładać wydarzenia, które miały miejsce w zaroślach. - Co tam się właściwie stało?
 - Spotkałeś spowiednika i zemdlałeś ze strachu - usłyszałem spokojną odpowiedź.
 - Co? Kogo? - pytałem, ciągle nie rozumiejąc co się dzieje.
 - Ci, którzy za życia nie popełnili grzechów ciężkich i nie mają nic do ukrycia nie boją się spowiedników. Czasem nawet nie widzą tych odrażających stworów.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

I \ Brett

Otworzyłem oczy. Wszystko dookoła było ciemne. Nic kompletnie nie mogłem zobaczyć, więc zacząłem się bać. Mrugnąłem. Wtedy ujrzałem blask bijący ze wszystkiego, co znajdowało się blisko mnie, aż zaczęła boleć mnie głowa. Myślałem, że zaraz eksploduje, ponieważ ból był tak silny, że czułem jak serce bije mi w mózgu. Okropne uczucie. Spostrzegłem wtedy postać, kroczącą w moją stronę i od razu zrozumiałem, że leżę na lewym boku na ziemi, bo widziałem tylko stopy tej osoby, a na nich białe buty nike. Przechyliłem głowę tak, aby ujrzeć twarz człowieka, który właśnie podał mi dłoń, by pomóc mi podnieść się z podłogi. Wszystko co zdążyłem zauważyć, to to, że był to chłopak, mniej więcej mojego wzrostu, miał ciemne włosy i cały ubrany był na biało. Złapałem go za rękę i wstałem, lekko podskakując. Młodzieniec uśmiechnął się i zniknął. Moje oczy przyzwyczaiły się do bieli, którą nosiło całe otoczenie i wtedy zorientowałem się, że jestem w jakimś pomieszczeniu, w którym wszystko co znajdowało się to cztery puste ściany, taki sam sufit i podłoga. Tylko mniej więcej na środku pokoju leżał breloczek. Podszedłem i wziąłem go do ręki. W środku znajdowało się zdjęcie chłopaka i maleńka karteczka z napisem zawsze. Trochę mnie to zdezorientowało i nie wiedziałem co myśleć. "Może ten chłopak był kimś ważnym, albo ktoś po prostu podrzucił to tutaj" mówiłem sobie w głowie.   Rozmyślałem tak, aż zacząłem podejrzewać, że ktoś zamurował mnie żywcem. Nagle usłyszałem męski głos:
 - I tak nie żyjesz - powiedział, jakby sobie ze mnie kpił. - Nie musisz się martwić, o to, czy stąd wyjdziesz.
 - Kim jesteś? - pytałem lekko zestresowany. Rozglądałem się po pomieszczeniu szukając źródła tego dźwięku, jednak nic nie spostrzegłem. Moje płuca zaczęły drżeć. W tym momencie przypomniały mi się dwie sceny, które już widziałem: mnie, leżącego na trawniku i ratowanego przez lekarzy pogotowia i twarz kobiety, która wydawała mi się być moją matką. Jednak teraz nie mogłem być już niczego pewien, bo w końcu byłem zamknięty w białym pokoju bez klamek i okien, a do tego jeszcze gadał do mnie jakiś głos, który chciał mi wmówić, że umarłem.
 - Nic nie chce ci wmówić - znów go usłyszałem. - Stwierdzam fakty. - Spojrzałem w górę, w lewo, w prawo i nadal nic. Głos pochodził jakby znikąd. Udawałem, że go nie słyszę, usiadłem na podłodze po turecku i jeszcze raz zerknąłem na breloczek, który cały czas trzymałem w dłoni. Próbowałem przeglądnąć wszystkie wspomnienia, jakie miałem w głowie, jednak znajdowała się tam teraz kompletna pustka. Jakby wszystko wyparowało. Wytężałem cały mój mózg i gdy już byłem tak blisko przypomnienia sobie chociażby tego jak mam na imię, znów usłyszałem jego - nie ignoruj mnie. Przecież i tak nie masz gdzie uciec.
 - Przestań! - zdenerwowałem, wstałem z ziemi i zacząłem krzyczeć we wszystkie strony, nie wiedząc, gdzie właściwie znajduje się osoba, mówiąca do mnie.
 - Cicho! - szepnął przejęty czymś głos. - Zamknij oczy i nie waż się ich otwierać, dopóki znów mnie nie usłyszysz, rozumiesz?
 - Nie rozumiem! - znów podniosłem głos. Nie miałem najmniejszej ochoty robić tego, co nakazuje mi ktoś, kogo nawet nie widziałem. - Nie zamknę oczu dopóki nie powiesz mi kim jesteś! Kim ja w ogóle jestem?! I dlaczego tu jestem? Co to za miejsce?! - Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi, tylko poczułem jak moje powieki same opadają mi na gałki oczne i chociaż z całych sił próbowałem je podnieść, nie dałem rady. Poddałem się a po paru minutach usłyszałem głos. Tym razem był on delikatniejszy i cichszy. Wtedy mogłem z powrotem otworzyć oczy i ujrzeć średniego wzrostu, piękną brunetkę, ubraną w białą, zwiewną sukienkę. 
 - Przedstaw się - powiedziała lekkim tonem kobieta i zaczęła coś zapisywać na kartce rozmiaru B5, którą trzymała w dłoni. Próbowałem podglądnąć co jest tam napisane i już prawie zobaczyłem, gdy kobieta oschło powtórzyła - przedstaw się.
 - A- a- ale ja nie- nie pamiętam - jąkałem się ze strachu przed groźną miną brunetki.
 - Wiem - odparła, śmiejąc się cicho pod nosem, jednak nadal nie odrywając oczu od śnieżnobiałej kartki. - Jakoś dotąd każdy chociaż próbował kłamać, nadając sobie nowe imię. Jakie jest więc twoje? - wtedy ujrzałem jej źrenice skierowane prosto w moje. Było jeszcze gorzej. Już wolałem, kiedy nie widziałem jej oczu, bo przynajmniej nie musiałem uciekać wzrokiem w kąty pomieszczenia. Połknąłem ślinę i zacząłem mówić.
 - Jestem Brett - powiedziałem bez jakiegokolwiek namysłu. Nawet nie wiedziałem, że znam takie imię. Ba! Nawet nie wiedziałem, że takie istnieje. Dopiero w tym momencie zacząłem zastanawiać się czy naprawdę spodoba mi się to, że ludzie będą mnie tak nazywać.
 - Brett - powtórzyła po mnie kobieta. - Jesteś pewien?
 - W sumie to nie... - już chciałem poinformować kobietę o moich obawach, po czym przypomniałem sobie głos, który mówił "i tak nie żyjesz". Zaczęły nachodzić mnie myśli typu "chyba zwariowałem". - Tak, jestem pewien - powiedziałem dumnie i z uśmiechem na twarzy. Pomyślałem, że raz się żyje, choć i tak nic to nie dało w sytuacji, w której się znajdowałem. Zacząłem się śmiać. Brunetka spojrzała na mnie, potem na kartkę i szepcząc wybrane przeze mnie imię zaczęła je notować i znikła, tak jak i białe ściany. Stałem teraz w lesie. Bardzo ciemnym, przerażającym i mokrym od deszczu lesie. Usłyszałem wycie wilka i kilka szmerów w krzakach obok. Tak się przeraziłem, że zacząłem biec przed siebie. Wtedy nie ważne było gdzie dotrę, ważne było by uciec. Oczywiście wydawało mi się, że drzewa rosną na całym świecie i nie ma miejsca, żeby ich nie było. Nagle znów usłyszałem głos mężczyzny, który już wcześniej do mnie mówił. 

poniedziałek, 30 marca 2015

Prolog

Był późny wieczór. Młodzież wracała do domów po imprezie, dorośli jechali do pracy na nocną zmianę, a ja stałem.

Stałem na środku ulicy, patrząc jak przypadkowi przechodnie próbują ratować młodego, szczupłego bruneta, który leżał na trawniku. Jego nos był zadarty, smukły, a usta - małe i cienkie. Miał wystające kości policzkowe i mocno zarysowane, ciemnobrązowe brwi. Jego oczy były zamknięte.

Kiedy ludzie zza moich pleców biegli, krzycząc moje imię, próbowałem się odwrócić i powiedzieć, że ze mną wszystko dobrze.

Próbowałem wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowa.

Na marne.

Starsza kobieta szła w moją stronę.

 Szła, nie zatrzymując się, a będąc już bardzo blisko mnie nawet nie zmrużyła oka. 

Była to moja matka.

Miała włosy koloru brązowego, krótkie - sięgały zaledwie do ramion czterdziestopięciolatki. To po niej odziedziczyłem oczy. Były one duże i bardzo ciemne - nie można było odróżnić źrenic od tęczówek. Miała mały nos i cienkie usta. Była szczupłą i drobną kobietą, z prawie niewidocznymi kilkoma zmarszczkami na czole. Zawsze była elegancko ubrana i odpowiednio do tego umalowana. 
Nie lubiłem jej czerwonej pomadki - przypominała mi o jedynej wadzie mojej rodzicielki. 
Była alkoholiczką.
Pamiętam, kiedy każdego ranka, stroiła się do pracy. Przedostatnią czynnością, jaką wykonywała było nałożenie szminki. Zaraz po tym brała kwadratową szklankę z kuchni, szła do salonu, nalewała dwa łyki whiskey i tylko zerkając na mnie, wpatrzonego w nią, połykała cały płyn na raz.

 Byłem jedynakiem, jednak nie od zawsze. Miałem brata. Byliśmy świetnie dogadującymi się bliźniakami. Feralnego dnia, kiedy mój ojciec odebrawszy go z lotniska, gdzie miał miejsce finał szkolnej wycieczki, jechał do domu. Oboje chcieli jak najszybciej dotrzeć do celu, więc omijając korki, pojechali na skróty. Jakiś facet w lesie tirem zajechał im drogę i stało się. Moja matka nie mogła dojść do siebie po stracie dwóch najbliższych jej osób. Zostałem tylko ja, który i tak nie wystarczałem. Ja też ich straciłem i cierpiałem tak samo jak ona. Jednak sprawiała, żebym czuł, że to stało się przeze mnie. 

Kobieta nie przestawała zmierzać w moją stronę.

Gdy już była naprawdę blisko poczułem jej dotyk.

Z początku było przyjemnie, lecz uczucie zmieniało się w ból. Szatynka nie zatrzymywała się. Wydawało mi się, że chce we mnie wejść. Mrugnąłem. Po chwili widziałem jej krwistoczerwone wnętrze czaszki. Każda, przenikająca mnie warstwa jej skóry, sprawiała mi taki ból jakbym oparzył się gorącym żelazkiem co najmniej sto razy. Mogłem poczuć smak jej śliny, a nawet tego, co właśnie znajdowało się w jej żołądku. Czułem jak nasze kości ocierają się o siebie, krusząc powoli. Każdy mój mięsień i każdy nerw zaczął pulsować, jakby nagle odnalazł swój własny rytm. Po zetknięciu się naszych płuc przez chwile nawet nie mogłem oddychać. Poczułem ciepło na sercu. Tak, to cierpienie warte było tego co teraz odczuwałem. W końcu dowiedziałem się co to prawdziwa miłość. Sercem dotknąłem jej serca, które rozpaczało, które chciało się wyrwać i biec do chłopaka, który umierał niedaleko nas. Jakby matka chciała oddać życie za swoje dziecko.

Gdy odwróciłem się zobaczyłem, że kobieta nawet przez chwile nie czuła tego co ja, tylko bez namysłu biegła dalej.

Przyjechała karetka.

Ratownicy zaczęli wyjmować swoje respiratory i próbowali ocucić nastolatka, który wyglądał teraz jak zwiędła roślinka.

Kobieta, z którą wcześniej miałem do czynienia zaczęła płakać i głośno krzyczeć "mój synek! Mój ukochany, najdroższy synek!"




Umarłem.