Był późny wieczór. Młodzież wracała do
domów po imprezie, dorośli jechali do pracy na nocną zmianę, a ja stałem.
Stałem na środku ulicy, patrząc jak
przypadkowi przechodnie próbują ratować młodego, szczupłego bruneta, który leżał na
trawniku. Jego nos był zadarty, smukły, a usta - małe i cienkie. Miał wystające kości policzkowe i mocno zarysowane, ciemnobrązowe brwi. Jego oczy były zamknięte.
Kiedy ludzie zza moich pleców biegli,
krzycząc moje imię, próbowałem się odwrócić i powiedzieć, że ze mną wszystko
dobrze.
Próbowałem wykrztusić z siebie jakiekolwiek słowa.
Na marne.
Starsza kobieta szła w moją stronę.
Szła, nie zatrzymując się, a będąc
już bardzo blisko mnie nawet nie zmrużyła oka.
Była to moja matka.
Miała włosy koloru brązowego, krótkie -
sięgały zaledwie do ramion czterdziestopięciolatki. To po niej odziedziczyłem
oczy. Były one duże i bardzo ciemne - nie można było odróżnić źrenic od
tęczówek. Miała mały nos i cienkie usta. Była szczupłą i drobną kobietą, z
prawie niewidocznymi kilkoma zmarszczkami na czole. Zawsze była elegancko
ubrana i odpowiednio do tego umalowana.
Nie lubiłem jej czerwonej pomadki -
przypominała mi o jedynej wadzie mojej rodzicielki.
Była alkoholiczką.
Pamiętam, kiedy każdego ranka, stroiła się
do pracy. Przedostatnią czynnością, jaką wykonywała było nałożenie szminki.
Zaraz po tym brała kwadratową szklankę z kuchni, szła do salonu, nalewała dwa
łyki whiskey i tylko zerkając na mnie, wpatrzonego w nią, połykała cały płyn na
raz.
Byłem jedynakiem, jednak nie od zawsze. Miałem brata. Byliśmy świetnie
dogadującymi się bliźniakami. Feralnego dnia, kiedy mój ojciec odebrawszy go z
lotniska, gdzie miał miejsce finał szkolnej wycieczki, jechał do domu. Oboje
chcieli jak najszybciej dotrzeć do celu, więc omijając korki, pojechali na
skróty. Jakiś facet w lesie tirem zajechał im drogę i stało się. Moja matka nie mogła
dojść do siebie po stracie dwóch najbliższych jej osób. Zostałem tylko ja, który i
tak nie wystarczałem. Ja też ich straciłem i cierpiałem tak
samo jak ona. Jednak sprawiała, żebym czuł, że to stało się przeze mnie.
Kobieta nie przestawała zmierzać w moją stronę.
Kobieta nie przestawała zmierzać w moją stronę.
Gdy już była naprawdę blisko poczułem jej
dotyk.
Z początku było przyjemnie, lecz uczucie
zmieniało się w ból. Szatynka nie zatrzymywała się. Wydawało mi się, że chce we mnie wejść. Mrugnąłem. Po chwili widziałem jej krwistoczerwone wnętrze czaszki. Każda,
przenikająca mnie warstwa jej skóry, sprawiała mi taki ból jakbym oparzył się
gorącym żelazkiem co najmniej sto razy. Mogłem poczuć smak jej śliny, a nawet
tego, co właśnie znajdowało się w jej żołądku. Czułem jak nasze kości ocierają
się o siebie, krusząc powoli. Każdy mój mięsień i każdy nerw zaczął pulsować,
jakby nagle odnalazł swój własny rytm. Po zetknięciu się naszych płuc przez
chwile nawet nie mogłem oddychać. Poczułem ciepło na sercu. Tak, to cierpienie
warte było tego co teraz odczuwałem. W końcu dowiedziałem się co to prawdziwa
miłość. Sercem dotknąłem jej serca, które rozpaczało, które chciało się wyrwać
i biec do chłopaka, który umierał niedaleko nas. Jakby matka chciała oddać
życie za swoje dziecko.
Gdy odwróciłem się zobaczyłem, że kobieta
nawet przez chwile nie czuła tego co ja, tylko bez namysłu biegła dalej.
Przyjechała karetka.
Ratownicy zaczęli wyjmować swoje
respiratory i próbowali ocucić nastolatka, który wyglądał teraz jak zwiędła
roślinka.
Kobieta, z którą wcześniej miałem do czynienia
zaczęła płakać i głośno krzyczeć "mój synek! Mój ukochany, najdroższy
synek!"
Umarłem.